czwartek, 4 grudnia 2014

Klasyka Kina Noir


Tradycyjna już dla nas krótka czytanka o trzech tytułach. Tym razem na tapetę poszli przedstawiciele amerykańskiego czarnego kryminału. Po jednej stronie kamery tacy fachowcy jak Otto Preminger, Robert Aldrich i Howard Hawks, po drugiej - Humphrey Bogart, Dana Andrews oraz Ralph Meeker. Że o zjawiskowej (jak zwykle!) Lauren Bacall nie wspomnę. Kto nie widział - powinien. Kto widział - może sobie zrobić powtórkę.


" The Big Sleep" (1946)


Pierwsza filmowa adaptacja "The Big Sleep", powieści Raymonda Chandlera wydanej w 1939 roku, pozostaje dość wierna w porównaniu do literackiego pierwowzoru. Choć autorzy scenariusza zdecydowali się na pewne uproszczenie zawiłej intrygi, to chyba jednak niedostatecznie, bowiem film autorstwa Howarda Hawksa dość często krytykowany jest właśnie za bardzo skomplikowaną fabułę, którą trudno zrozumieć. Takie opinie zawsze mnie trochę zdumiewały, nigdy nie sądziłem, że coś w filmowym "The Big Sleep" może być niezrozumiałe czy niejasne. Ale może to dlatego, że najpierw przeczytałem książkę, a dopiero później obejrzałem film. Moim zdaniem o wiele bardziej powikłane intrygi tworzył Ross MacDonald, który bohaterem swojego cyklu uczynił innego prywatnego detektywa - Lew Archera.

W kilku powieściach, żeby się nie pogubić i być stale na bieżąco, najlepiej podczas lektury tworzyć sobie notatki. W innym przypadku może być trudno z zapamiętaniem wszystkich faktów, którymi autor obficie raczył czytelników. Sam się kilkakrotnie na tym łapałem, że traciłem wątek i zapominałem kto z kim ma jakie relacje i dlaczego. MacDonald, gdyby dzisiaj żył, a jego kryminały nie cieszyły się wzięciem, ze swoim talentem miałby zapewnioną fuchę scenarzysty jakiejś telenoweli. Tak potrafił zamieszać.

"The Big Sleep" to opowieść o jednej ze spraw, której rozwiązania podjął się prywatny detektyw Philip Marlowe. Oczywiście, szybko okazało się, że prowadzonego przez niego na zlecenie patriarchy rodu Sternwoodów śledztwo wykraczało dość daleko poza pierwotnie przyjęty ramy. Nic nie było tym, na co wyglądało, a z pozoru prosta robota zamieniała się w błądzenie po mrocznym labiryncie w świecie, w którym przemoc, szantaż, hazard, korupcja i pornografia (ledwie napomknięta, ale jednak obecna) były na porządku dziennym. Marlowe mocno angażował się w obronę interesów ludzi, których praktycznie nie znał, stąpał po cienkim lodzie i ryzykował utratą czegoś więcej niż skromnej zapłaty.

Film Hawksa zaliczany jest do wąskiego grona klasyki czarnego kryminału. To, co wyróżnia go na tle innych pozycji gatunku, to nie tylko techniczna sprawność ekipy realizacyjnej. Od tej strony nic nie można zarzucić. Najważniejszą są dwie rzeczy. Po pierwsze obsada - w głównych rolach zagrali Humphrey Bogart i Lauren Bacall. Słynne aktorskie małżeństwo nie po raz pierwszy wspólnie występowało w rolach prowadzących, ale tym razem przeszli samych siebie. Oglądając ich wspólne sceny można dojść do prostego wniosku - do tych ról, Marlowe'a i Vivian Sternwood, zostali po prostu stworzeni. Panuje między nimi taka chemia, że nie sposób oderwać oczu. Po drugie dialogi, które przede wszystkim z myślą o parze głównych aktorów zostały odpowiednio podkręcone. Ironiczne, błyskotliwe, przyjmujące formę szermierki bądź gierek słownych, aluzji i niedomówień.

Wszystko dlatego, że nadal obowiązywał kodeks Haysa, toteż z pewnych rzeczy scenarzyści musieli zrezygnować, zastępując je innymi. Stąd wynika chociażby rozwinięcie wątku między parą bohaterów. Z tego samego powodu oryginalna mroczna i cyniczna atmosfera, może nawet nieco nihilistyczna, została rozmiękczona, zaprawiona humorystycznymi scenkami. Mimo to całość została poprowadzona w taki sposób, że skomplikowana intryga przykuwa uwagę i trzyma w napięciu do końca. Jednakże historia w hierarchii ważności ustępuje pola relacji bohaterów.



"Kiss Me Deadly" (1955)


Ostatni z wielkich, o którym warto wspomnieć. Film Roberta Aldricha uznawany jest za obraz wyznaczający zmierzch czarnego kryminału. Film z jednej strony stanowi podsumowanie gatunku opiewającego perypetie prywatnych detektywów, a z drugiej dokonuje dekonstrukcji tego mitu, podcinając tradycję. Mocny kontrast pomiędzy powoli odchodzącym starym światem, a coraz mocniej rozpychającą się nowoczesnością wraz z jej najgorszymi cechami i zupełnie nowym nastawieniem wobec gatunku kina kryminalnego, które w późniejszych dekadach stanie się charakterystycznym. Dlatego dość często "Kiss me Deadly" bywa odczytywane jako prekursorskie dzieło Aldricha, wyprzedzające swoje czasy.

Prywatny detektyw Mike Hammer (Ralph Meeker) to człowiek nowoczesny, gardzący kulturą playboy, posiadający drogi samochód i mieszkający w drogim apartamencie zaopatrzonym w najnowsze nowinki techniczne, w tym automatyczną sekretarkę. Jednocześnie to postać wybitnie cyniczna, brutalna, która dla pieniędzy gotowa jest na wszelkie niegodziwości - między innymi pracując przy sprawach rozwodowych, podsuwa swoją współpracowniczkę mężczyznom, aby później wykorzystywać zdobyte materiały w licytacji między dwiema stronami konfliktu i zgarnąć jak największe pieniądze od tego, kto postanowi więcej zapłacić. Kiedy przypadkowo spotyka na swej drodze autostopowiczkę, która okazuje się pensjonariuszką kliniki psychiatrycznej ściganą przez tajemniczych bandytów, a która później wraz z nim zostaje porwana, torturowana, a w końcu zabita, postanawia włączyć się do sprawy.

Wkracza w środowisko podejrzanych osobistości, które zagrażają nie tylko jemu, ale także jego nielicznym przyjaciołom. I nie cofną się przed niczym, aby ich tożsamość pozostała w ukryciu. Hammer, w przeciwieństwie do słynnych poprzedników, Spade'a i Marlowe'a, nie próbuje walczyć o sprawiedliwość. Interesuje go jedynie zemsta za doznane krzywdy oraz finansowy wymiar sprawy. Bowiem uważa, że śmierć kobiety jest związana z jakąś poważną aferą oraz dużymi pieniędzmi. W kulminacji historii fabuła wykracza daleko poza schemat gatunku, przybierając formę filmu o mocnym zabarwieniu politycznym, odwołującym się bezpośrednio do zagrożenia wynikającego z trwającej zimnej wojny i histerii rozpętanej wokół energii atomowej. Symbolem tego zagrożenia jest tajemnicza walizka, o przechwycenie której walczą bohaterowie. Do motywu walizki jako mrocznego obiektu pożądania nawiązywali w późniejszych latach między innymi Quentin Tarantino we "Wściekłych Psach" i John Frankenheimer w "Roninie".

Ale tematyka zimnej wojny to nie jedyne wątki polityczne wplecione do fabuły. Aldrich i scenarzysta Albert Isaac Bezzerides poruszyli kwestię praw obywatelskich, a dokładniej równouprawnienia mniejszości etnicznych. Hammer jest bardzo liberalny, przyjaźni się z Meksykanami, dobrze traktuje Murzynów, przebywa w ich klubach, słucha muzyki. Nieco karykaturalnie krytyce poddany zostaje kapitalizm, potraktowany jako system obłudy i brutalnego pragmatyzmu, w którym siła i bezwzględność decyduje o tym, kto ma rację. Z kolei dekonstrukcja mitu prywatnego detektywa następuje poprzez podważenie zjawiska maskulinizmu i swoiście rozumianej sprawiedliwości w pogoni za prawdą. Tajemnicza nieznajoma rani próżność Hammera, policjanci drwią z jego metod pracy, krytykując egoistyczny punkt widzenia oraz stosowane metody na pograniczu obsesji i bandytyzmu. Bohater posuwa się do zbezczeszczenia zwłok, takich rzeczy Bogart by nie zrobił. Czysty rewizjonizm.

Na osobną uwagę zasługują zdjęcia Ernesta Laszlo, potęgujące mroczny i niepokojący nastrój przy wykorzystaniu wyrazistych cieni, mocnych kontrastów, dominacji linii ukośnych i wertykalnych nad horyzontalnymi. Momentami wydaje się, jakby były na pograniczu abstrakcji, widać to zwłaszcza na ujęciach klatek schodowych, wejść do pomieszczeń. Także na przykładzie wykorzystanych lokalizacji i wnętrz widać, że "Kiss Me Deadly" jest filmem przynoszącym kres gatunkowi noir. Nowoczesny wystrój mieszkania Hammera, chromowane wykończenia i wysoki połysk diametralnie różni się od gotyckiego charakter kamienic na Bunker Hill, bliższych odchodzącemu światu czarnego kryminału. Dwie wersje Los Angeles: stara i nowa. Za dnia LA jest skąpaną w słońcu nowoczesną metropolią, pełną bulwarów, trawników, wieżowców z przyciemnianymi oknami, zaś w nocy krainą cieni, na którą pada sztuczne światło neonów.


"Where the Sidewalk Ends" (1950)


Sześć lat po sukcesie "Laury" Otto Preminger wraz z operatorem Josephem LaShelle ponownie spotkali się na planie z parą aktorów Dana Andrews i Gene Tierney. Tym razem efekt ich wspólnej pracy nie był tak olśniewający, lecz "Where the Sidewalk Ends" pozostaje jednym z lepszych czarnych kryminałów nakręconych w 1950 roku. Oba filmy różnią się również miejscem akcji. Pierwszy rozgrywa się pośród amerykańskich wyższych sfer, drugi w środowisku średniej klasy pracującej, dlatego tło wydarzeń stanowią nie wygodne luksusowe apartamenty, a mieszkania czynszowe, garaże, hazardowe meliny i posterunek policji.

Bohaterem "Where the Sidewalk Ends" jest Mark Dixon - brutalny i cyniczny policjant, który nienawidzi przestępców, ponieważ jego ojciec był jednym z nich i przyczynił się do rozwoju kariery Tommy'ego Scalise'a. Gangster to dla Dixona ktoś w rodzaju Nemezis, ciągle wymyka się sprawiedliwości doprowadzając detektywa do szału. Stosowanie brutalnych metod nie podoba się zwierzchnikom Dixona, którzy dają mu do zrozumienia, że jeśli wpłynie jeszcze jedna skarga, zostanie zwolniony. Jednakże krewki temperament daje o sobie znać o jeden raz za dużo. Dixon prowadząc śledztwo w sprawie śmierci w hazardowym klubie zabija w obronie własnej podejrzanego, Kena Paine'a, byłego bohatera wojennego. Chcąc uniknąć reakcji szefa, próbuje zatuszować zbrodnię, a odpowiedzialnością obarczyć Scalise'a.

Niestety, przy próbie realizacji naprędce opracowanego planu, pojawiają się komplikacje. Najpierw na miejscu zbrodni pojawia się Morgan, żona zabitego, w której Dixon z miejsca się zakochują. Następnie aresztowany zostaje ojciec kobiety, dobroduszny taksówkarz Juggs Taylor, stając się głównym podejrzanym, bowiem miał na pieńku ze znęcającym się nad żoną zięciem. Rosnące uczucie między Dixonem a Morgan w połączeniu z próbą uwolnienia Jiggsa od zarzutów powoduje, że wyrzuty sumienia zaczynają mu coraz mocniej doskwierać. Autodestrukcyjny, zjadany przez poczucie winy Dixon podejmuje starania odkręcenia sytuacji, by wyjść z twarzą, zachować pracę oraz ukochaną kobietę. Tylko czy zdoła oszukać znajdujące się poza jego kontrolą przeznaczenie, gdyż każde kolejne działanie prowadzi jedynie do pogorszenia fatalnego położenia, w jakim tkwi bohater? Smutna ironia, typowa dla kina noir.

Ekscytujący film dla miłośników gatunku. Brutalność i cynizm zaprawiony dużą dawką realizmu - skorumpowany półświatek kryminalny, w którym funkcjonujący wyalienowany policjant, aby móc wypełniać swoje zadania, zatracił moralny kompas, coraz bardziej zatracając resztki człowieczeństwa. Porywczy samotnik, skłonny do przemocy, ekspresyjnie zagrany przez Dane Andrewsa, przyparty do muru postanawia odkupić swoje winy. Film wyróżnia osoba LaShelle'a, laureata Oscara za "Laurę". Tutaj po raz kolejny pokazał dawkę swoich możliwości, tworząc kapitalne sceny, w których jednocześnie można było śledzić akcję oraz wewnętrzne reakcje zachodzące w zachowaniu bohaterów widoczne w zmianach mimiki twarzy. Choć chyba nie obyło się od ingerencji Premingera, lubiącego, jak wieść gminna niesie, podsuwać operatorom własne pomysły kadrowania i kręcenia poszczególnych scen. Jakkolwiek by nie było, jest to jeden z najbardziej owocnych przykładów współpracy między reżyserem a operatorem.

vindom

10 komentarzy :

  1. Ostatnio oglądałem "The Big Sleep" i co najbardziej mnie uderzyło jak bardzo jest to film hawkski. Bo są tu ulubione elementy, z których kochał układać swoje film, i pomimo, że jest to czarny kryminał to mamy scenę niemal musicalową (uwielbiał wstawki muzyczne), a gdyby zabrać wątek kryminalny to zostaje nam czystej wody screwball comedy, a facet kochał ten gatunek.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiedziałem, że "Where the Sidewalk Ends" jest klasykiem.;p Sam się na ten tytuł natknąłem przypadkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słowo "klasyka" można różnie interpretować. Jeśli nie sam film jako całość, to z pewnością pewne jego elementy zasługują na takie zaszeregowanie ;-)

      Usuń
  3. Właśnie tego się spodziewałem, że w Twoim wpisie "Klasyka kina noir" znajdę filmy, które przypomną mi że jeszcze nie wszystkie klasyki nadrobiłem :-D

    "Wielki sen" oczywiście znam (książkę też czytałem, ale dopiero po obejrzeniu filmu), bardzo lubię styl Howarda Hawksa, a "Big Sleep" to jedno z jego najdoskonalszych dzieł.

    "Kiss Me Deadly" nie widziałem, ale to głównie dlatego że sporo o filmie czytałem, nawet na temat zakończenia, więc czuję się jakbym go oglądał. Ale w końcu i tak będę musiał to zobaczyć, bo kino noir to nie tylko fabuła, ale też styl, klimat, praca kamery, gra światłocieni.

    Z noirów Premingera widziałem tylko "Laurę" i "Angel Face", szczególnie ten pierwszy jest rewelacyjny. "Where the Sidewalk Ends" dołącza do listy "must see", w obsadzie jest Gene Tierney - po prostu super!

    PS. Motyw walizki to był raczej w "Pulp Fiction", a nie we "Wściekłych psach".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też widziałem "Laurę", pod wpływem twojej recenzji, i w komentarzach pisałem, że nie przypadł mi do gustu ;-).

      Walizka jako taka była, pamiętam, że na koniec Buscemi spieprzał z walizką. Inna sprawa, że zawierała - zdaje się - diamenty.

      Usuń
  4. Z Premingerem miałem styczność parę dni temu przy okazji "Bunny Lake Is Missing" z 1965 roku. Bardzo nowocześnie nakręcona historia matki, której zaginęła córeczka w przedszkolu. Finał z psychologicznym pojedynkiem ogłąda się jak wymianę ognia pomiędzy dwoma rewolwerowcami. A już bliżej Twojego posta to widziałem "Small Back Room" (1949) Powella i Pressburgera. Spodobałby się Tobie. Miałem o tyle wielką radochę że puścili go na Camerimage w Multikinie. Sam film też oryginalny, napakowany tematami na kilka opowieści. Saper - alkoholik, kobieta, która go wspiera, ale traci już cierpliwość. Przetarg na uzbrojenie dla wojska, w którym ciagle coś nie gra. No i tajemnicza bomba, która zabija kolejnych cywili. Muszę obejrzeć kilka noir filimideł, także spisuje wszystkie trzy tytuły, które opisałeś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak oglądałem "Bunny Lake Is Missing" miałem wrażenie, że tym filmem bardzo inspirowali się niektórzy twórcy filmów giallo, poczynając od sposobu opowiadania, a kończąc na tym, że rdzeń intrygi leży w jakiejś zadawnionej traumie.

      Usuń
    2. @Patryk

      "Bunny Lake" też widziałem nie tak dawno. Trochę za krótki przez co cierpi finał, widać że lecą na łeb na szyję byle nie przekroczyć wyznaczonego czasu trwania. Pewne uproszczenia, cięcia. Ogólnie uważam, że lepsza cześć początkowa.

      Ten "Small Back Room" chyba jednak nie dla mnie. Chociaż może sprawdzę go w okolicy Świąt.

      A jeśli miałbym polecić coś podobnego do "Bunny Lake", to wskazałbym na "What Ever Happened to Aunt Alice?" i "Hush, Hush Sweet Charlotte". Ten drugi, że tak powiem w typie Clouzota.
      ------------

      Jakby się zastanowić to pewne podobieństwa w takim na przykład "The Short Night of Glass Dolls" można odnaleźć.

      Usuń
    3. No mi się właśnie bardziej finał podobał niż pierwsza część (ale kto co lubi :). Miałem wrażenie że niektóre zagrania były jakieś histeryczne. Chociaż podobał mi się motyw z tą wiekową nauczycielką na strychu przedszkola.

      Usuń
    4. Zaskoczę Cię, ale mnie też się podobał ;-) Sąsiad bohaterki, stary zboczony aktor do pewnego stopnia też, bo w pewnym momencie właśnie to jego oderwanie od rzeczywistości było posunięte trochę za daleko.

      Usuń